EN

Strzeż się budyniu!

Zagięta strona
Słuchając o przeżyciach jednego ze znajomych, pomyślałem o określeniu, które chciałbym niniejszym opatentować. Otóż znajomek ów notorycznie wali głową w budyń

Inspiracją do stworzenia tego idiomu było oczywiście staropolskie „walenie głową w ścianę”. Ale kontakt z murem, choć zdecydowanie bardziej bolesny, ma znacznie szybsze i bardziej jednoznaczne rozstrzygnięcie. Nie tkwimy w niepewności, bo od razu okazuje się: albo moja głowa, albo ta cholerna ściana. I mamy jasność, choć w oczach ciemno.

Z budyniem nie jest tak krwawo, ale i nie tak szybko. Walenie głową w budyń wygląda tak: suniesz sobie przez życie z głową jak taran wysuniętą bojowo do przodu. Jedne przeszkody rozbijasz w drobny mak, inne na wszelki wypadek omijasz. Naraz twoja głowa wpada w jakąś maziowatą substancję. Breja miękko i z bulgotem amortyzuje uderzenie i ustępuje pod twoim ciosem, choć tylko odrobinę. A gdy – oszołomiony nietypowym odczuciem – cofasz łeb, budyń wraca na swoje miejsce. Kręgi na powierzchni rozchodzą się coraz wolniej, a w końcu znikają. Powierzchnia wokół ciebie jest znów gładka jak lustro. I panuje absolutna cisza. No to bierzesz rozbieg i znów próbujesz. I ponownie wbijasz się w kleistą maź, która oblepia ci pół głowy, obrzydliwie przy tym mlaszcząc i wyhamowuje twój impet. A gdy się cofasz, budyń znów wraca do pierwotnego kształtu. I wszystko wygląda jak przedtem. Jak zawsze. Jak gdyby nigdy nic.

Możesz krzyczeć, walić pięścią, a nawet – wzorem pewnego strażnika Teksasu – wyprowadzić kopniaka z półobrotu, ale bądź pewien: efekt będzie ten sam. Czyli żadnego efektu nie będzie. Na budyniu twoje żałosne starania nie zrobią najmniejszego wrażenia. On jest ponad to.

Jest kilka możliwych finałów walenia głową w budyń. Finał nr 1, oportunistyczny. Będziesz próbował się przebić wiele razy, ale w końcu się zmęczysz. Będziesz uderzać z coraz mniejszym impetem, w końcu opadniesz całkiem z sił i ułożysz się na powierzchni, żeby odpocząć. I okaże się, że leżenie w bezruchu na tafli budyniu nie jest wcale takie złe. Że jest miękko, ciepło, miło kołysze… I tak już zostaniesz. The Budyń has you.

Finał nr 2, tragiczny. Uprzesz się, że trzeba próbować, bo przecież w końcu każdy budyń kiedyś musi ustąpić. Ale właśnie popełniłeś fatalny błąd w rozumowaniu: budyń to bezkształtna, bezwolna masa, ona nic nie musi. Za to oblepia coraz szczelniej i wciąga coraz głębiej. Nie z powodu jakiegoś krwiożerczego instynktu czy dla perwersyjnej przyjemności – ona po prostu tak ma. Im bardziej się rzucasz, tym szybciej w niej znikasz. Bez wieści. Kiepsko, bo twój ubezpieczyciel nie uwierzy małżonce czy małżonkowi, że zabiła cię masa z jaj.

Finał nr 3, dla prawników. Szybko dociera do ciebie, że walka nie ma żadnego sensu. Odwracasz się zatem na pięcie i ruszasz na poszukiwanie innego, mniej zachłannego budyniu, z którym można się dogadać. Czyli idziesz do innej pracy.

Podsumowując: każdy ma taki budyń, na jaki sobie zasłużył i jaki sam sobie wybrał. Tak czy inaczej, zapnij pasy, Dorotko, i pożegnaj się z Kansas. Przed budyniem nie ma ucieczki.

Wydanie 6 (221) czerwiec 2017

Więcej w tym wydaniu arrow_forward

Kategorie