EN

Lepiej wolno niż… szybko

Zagięta strona
Slow food, slow cities, slow living... wiele rzeczy, które niegdyś były fast, dziś powinno się robić despacito, czyli powoli. Nie inaczej jest w świecie nieruchomości

Wiadomo, że jeśli jesteś prawdziwym neofitą życia slow, to nie wsiądziesz jak normalny człowiek do windy – szczególnie takiej, która rozwija prędkość 10 metrów na sekundę – tylko wybierzesz o wiele zdrowsze schody. Oczywiście, swoje będziesz miał już w nogach, bo do pracy przyjechałeś rowerem, choć to o pół godziny dłużej i padało. W czasie lunchu nie weźmiesz byle pizzy czy frytek z dostawą do biura, tylko zejdziesz tymi samymi schodami do restauracji ze zdrową żywnością, a może nawet przespacerujesz przez pół miasta, żeby zamówić slow burgera. Twój pracodawca nie będzie się na ciebie gniewał, że włóczysz w tę i we w tę, a do tego urozmaicasz sobie czas partyjką piłkarzyków, bo wiadomo, że dziś nic tak nie leży na sercu pracodawcy, jak to, by jego pracownik odnalazł życiową równowagę. Zresztą w zaprojektowanym przez słynnego Sir Normana Fostera budynku Bloomberga w Londynie specjalnie tak zaplanowano przejścia, by się człowiek nachodził. Nie żadne schody ruchome między piętrami, tylko korytarze, które mają nienachalnie, acz skutecznie programować użytkowników do ruchu.

Wierzcie mi lub nie, ale ja activity based working przerabiałem już piętnaście lat temu, i to nie w żadnym Londynie, tylko w pewnym wydawnictwie na Grochowie. Mój szef po prostu zwykł mawiać, że nie ma u niego (excusez le mot) dupogodzin i nie będzie pilnował, kto gdzie wykonuje swoją pracę. Nie wiedzieliśmy tylko wówczas, jak bardzo jest nowoczesny. W ogóle nie interesowało go, czy siedzisz w biurze, czy nie – jak przychodziłeś o 14:00, to mówił ci z uśmiechem „dobry wieczór”, ale nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia, co porabiałeś do południa. Sytuacja zmieniała się diametralnie, gdy wybijał umówiony deadline na ukończenie zleconego zadania. Wtedy najpierw sprawdzał swoją skrzynkę mejlową, a potem, jeśli nie przynosiło mu to oczekiwanej satysfakcji, wybierał twój numer. Jeśli coś starałeś się ściemnić, że „ten, tego, było późno, sporo zajęć, jesteś teraz poza biurem...”, stawał się nieustępliwy jak Tomy Lee Jones w „Ściganym”. Niektórzy lubili ten styl, inni nie, w każdym razie miałeś poczucie, że jedynym ograniczeniem wolności w twoim życiu zawodowym jest ów deadline, który wisi nad tobą niczym miecz Damoklesa. Oczywiście nie było podziału biura na żadne strefy, ale activity based working hulał, bo w celu pracy cichej szło się do baru naprzeciwko, gdzie najczęściej w ciągu dnia nie było tłoku i dało się spokojnie poskładać myśli.

W ogóle wiem z opowiadań, że podobno jednostki najbardziej obdarzone kreatywnością dużo odpoczywają. Nie dlatego, że są leniwe, tylko dlatego, że gdy się leży, to dopiero wtenczas do głowy wpadają najlepsze pomysły. Mam na przykład takiego kumpla, nazwijmy to, o zwiększonej potrzebie relaksu. Kiedyś w korpo wypatrzył sobie składzik zamykany na klucz i regularnie w porze około obiadowej przekradał się tam i kimał. To było już ładnych parę lat temu, więc chyba niebezpiecznie wyprzedził panujące trendy, bo ktoś go tam wreszcie przyuważył i chłopaka wywalili. Dziś miałby zapewne więcej szans na dochowanie wierności swoim przyzwyczajeniom, a i pewnie mógłby liczyć na większe zrozumienie ze strony otoczenia. Bujałby się pewnie na hamaku w specjalnej salce relaksacyjnej, z głośnika leciałaby przytłumiona muzyka z szumem fal, czułby zapach piniowego lasu, a nad drzwiami – na potrzeby co jeszcze mniej zorientowanych znawców nowoczesnych trendów biurowych – świeciłby się jaskrawy neon: nie przeszkadzać! Mniej więcej taką salkę widziałem jakiś czas temu w przestrzeni Brain Embassy w kompleksie Adgar Park na Ochocie. Szefowa Knight Franka w Polsce, Monika Dębska-Pastakia, opowiadała mi niedawno, że gdy pod koniec lat osiemdziesiątych pracowała w domach towarowych John Lewis Partnership w Wielkiej Brytanii, na dużej przerwie w ciągu dnia szło się do quiet roomu i można było mieć półgodzinną drzemkę, zwaną po angielsku „power nap”. Do nas to wszystko przychodzi później, a to i tak tylko dlatego, że pracodawcy zaczęli mocno konkurować o pracownika. Znacznie zmniejszyło się bezrobocie, rynek dojrzał i to dzięki temu, jak tłumaczy mi znów szefowa Knight Franka, możemy jako pracownicy cieszyć się całkiem przyjemną sytuacją. Zatem, kochani, tak trzymać i jeszcze raz: despacito! ν

Wydanie 10 (234) październik 2018

Więcej w tym wydaniu arrow_forward

Kategorie