EN

Nie będzie hi-tech pluł nam w twarz

Zagięta strona
Zaawansowane technologie XXI wieku mają myśleć i działać za nas, na szczęście ludzkość się nie poddaje – genialne w swej prostocie wynalazki nadal święcą tryumfy

Nie znam kierowcy, który lubiłby samochodowe słupki, czyli pionowe elementy karoserii rozdzielające poszczególne szyby. Szczególnie słupki przy przedniej szybie ograniczają widoczność, więc powinny być możliwie cienkie, choć z drugiej strony solidne wsporniki mogą nam uratować życie podczas dachowania. Jeden z koncernów motoryzacyjnych opatentował salomonowe rozwiązanie – słupki przezroczyste. Co ciekawsze, owa transparentność została osiągnięta nie dzięki kosmicznym materiałom czy skomplikowanej elektronice, ale całkiem analogowo – dzięki systemowi odpowiednio ustawionych, zwykłych luster. Zostały one umieszczone na słupkach w taki sposób, że pokazują kierowcy to, co znajduje się po ich drugiej stronie. Dam sobie uciąć prawą rękę, że na ten pomysł wpadł jakiś Słowianin, a prototyp powstał na bazie starego zwierciadła wyjętego z babcinej szafy, podartego parasola i prawie nieużywanej gumy do żucia.

Inny producent samochodów wpadł na genialny pomysł, jak rozwiązać problem urazów, których doznaje pieszy potrącony przez samochód, ale nie w wyniku uderzenia auta, ale sekundę później, podczas spadania z maski na ziemię. Otóż przód samochodu wystarczy pokryć specjalnym klejem, dzięki któremu pechowy pieszy pozostanie rozpięty na masce. Każdy trzeźwo myślący człowiek zapyta w tym momencie: „No dobrze, ale jak zachować tę kleistość podczas tysięcy kilometrów jazdy bez wypadku? No i jak sobie, jajogłowi mądrale, wyobrażacie usuwanie przyklejonych owadów?!” Szach mat, niedowiarki, wynalazca pomyślał także o tym – otóż na co dzień lepka maska będzie pokryta specjalną foliową powłoką, która zniknie w ułamku sekundy, gdy tylko czujnik zainstalowany w zderzaku zarejestruje uderzenie. Można? Można.

A teraz coś z naszego podwórka. W centrum Warszawy, tuż przy głównym dworcu autobusowym, działa w najlepsze parking samochodowy, który skutecznie opiera się płytkim modom i wątpliwym trendom, narzucanym przez ten szalony XXI wiek i finansowanym za wiadomo czyje pieniądze. System zarządzania tym przybytkiem składa się z pana emeryta, obgryzionego ołówka i wystrzępionego kajeciku w kratkę. Jak to działa? Ołóweczek sprawnie wpisuje w zeszyt godzinę przyjazdu i wyjazdu każdego auta, po czym w mózgu (wcale nie elektronowym) zostaje obliczona należność za usługę. W wielkim finale opłata zostaje zainkasowana, „tylko gotóweczką. I drobne proszę!”. System prosty, skuteczny, niezawodny i jakże ludzki. Do kasy tworzy się nawet swojska kolejka, dzięki czemu nawiązują się nowe znajomości i przyjaźnie (podobno ktoś kiedyś zdążył się nawet oświadczyć). Tej przymusowej socjalizacji można zostać poddanym nawet o godz. 3 w nocy, bo zatory tworzą się spontanicznie przez całą dobę. Przypomnijmy: dworzec nosi dumną nazwę Warszawa Zachodnia.

Wydanie 10 (224) październik 2017

Więcej w tym wydaniu arrow_forward

Kategorie