EN

Homo Cubicus

Zagięta strona
Ten kraj nie jest gotowy na szaleństwo. A stolica to szczyt braku gotowości. Nie dość, że nie jesteśmy gotowi, to w dodatku nie umiemy liczyć. Otóż szaleństwo czasem się opłaca. Zwłaszcza architektoniczne

Weźmy przykład Paryża – przeciwników wieży Eiffla było podobno wielu – XIX wiek, zabudowa dostosowana do możliwości ówczesnej straży pożarnej, a tu? „Niepasująca konstrukcja, zbyt nowoczesna, dziwna, ingerująca w tkankę miejską eleganckiej zabudowy miejskiej”. Teraz nie wyobrażamy sobie krajobrazu miasta bez tej budowli. A selfie na tle wieży to obowiązek (prawie) każdego szanującego się obywatela świata. Dla części turystów, jak kiedyś usłyszałam, inne zabytki to jedynie... tło. Weźmy inny, nowszy przykład – takie Bilbao. Jak wynika z wyliczeń, do miasta przyjeżdżają od niedawna miliony turystów – większość tylko i wyłącznie po to, by zobaczyć szaloną bryłę Muzeum Guggenheima. Przez pierwsze dwa lata od otwarcia muzeum odwiedziło je ponad 2,5 mln osób. Dwa miliony z nich przyjechały do miasta tylko w tym celu. A u nas? Kubiki, sześciany, klocki... Klocki – wszędzie klocki. Co prawda, zapraszamy architektów światowej klasy. I co? I pozwalamy im na wszystko, pod warunkiem, że będzie to... klocek! Ustawiony pionowo, poziomo, obojętnie, byle klocek. Szaleństwo, które lubimy, choć dla mnie jest to zbrodnia dokonana na tkance miasta – klocek ustawiony niezgodnie z pierzeją zabudowy. No, czasami, po latach rozmów i negocjacji, zezwalamy, by na klocku pojawiła się krzywa. I to tylko parabola, o możliwie najwyższym e. Czasem zdarzy się też cięcie na bryle pod innym kątem niż 90 stopni... A poza tym – klocki. Historia sprawiła, że mamy w stolicy sporo miejsca do zabudowania. I to w dość dobrze położonych lokalizacjach. A co by się stało, gdybyśmy puścili wodze fantazji i jednak zdecydowali się oddać kilka miejsc albo choćby jedno, architektom, którzy zaszaleliby, tworząc coś, co wszystkich zaszokuje. Zaszokuje nie na zasadzie „serio, znów klocek?”, tylko zaszokuje formą, bryłą, fakturą, materiałami – zamąci w tym kotle architektonicznym, który i tak już można nazwać mieszanką wybuchową (sic!), a nawet architektoniczną bajaderką. Marzy mi się, by choć raz architekt nie tłumaczył kształtu projektu wymaganiami planu miejscowego. Często słyszę: zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Jestem w stanie zrozumieć wymagania wysokościowe w niektórych miejscach, ale szaleństwo nie polega na prześciganiu się w sięganiu do coraz to wyższej chmurki na niebie. Często też słyszę: projekt nawiązuje do otoczenia. To następny mit – jakiego otoczenia? Oprócz niewielu miejsc w Warszawie, otoczenie niemal każdego punktu zawiera co najmniej kilka stylów architektonicznych. A jeśli mamy ich dokoła sześć, to nawiązanie do najmłodszego nie jest logicznym ciągiem. Logicznym ciągiem byłoby stworzenie siódmego stylu. Ale my się boimy. Nie chcemy. Nie widzimy także korzyści. A mi się marzy, by jednak „prezent” od zbrodniarza, którego imię nadal widnieje nad głównym wejściem, lekko przykryte blachą, nie był tłem większości zdjęć turystów. Marzy mi się nowy symbol, szczypta przyprawy, która nada odpowiedniego smaku temu architektonicznemu daniu jednogarnkowemu. Nie będziemy już nigdy Paryżem Północy, jak przed wojną, ale nadal możemy wykorzystać szansę, jaką nam ta wojna dała – przestrzeń i brak jednorodności. I nie bądźmy tacy poprawni, nudni i ułożeni. W architekturze. W życiu przecież nie jesteśmy...

Wydanie 3 (228) marzec 2018

Więcej w tym wydaniu arrow_forward

Kategorie