EN

Spacer z królikiem

Zagięta strona
Któregoś dnia spacerowałem z kolegą ulicami Warszawy w ciepłym, wiosennym słońcu, myśląc sobie, że wszystko jest cudownie doskonałe. Powiedziałem głośno: „Miasto kwitnie, zdobią je piękne dzieła sztuki publicznej, a wszystkie problemy związane z brexitem zostały rozwiązane!” – a mój towarzysz, pewnego rodzaju hybryda pingwina z królikiem, przytaknął.

Jednak mój dobry nastrój prysł gwałtownie już kilka sekund później, gdy zaatakował mnie rój złośliwych latających chomików. Oświeciło mnie wówczas, że prawdopodobnie śnię i od razu się obudziłem. Zdałem sobie sprawę, że wciąż trwa późna zima, skrzydlate chomiki-zabójcy tak naprawdę nie istnieją i nie opracowano jeszcze technologii pozwalającej na stworzenie genetycznej krzyżówki pingwina z królikiem. A im mniej powiemy o tym, gdzie w rzeczywistości jesteśmy z brexitem, tym lepiej. Dotarło do mnie także, że naprawdę nie powinienem jeść pizzy z czterema serami przed snem. Jeżeli zaś chodzi o obfitość publicznej sztuki w Warszawie, to niestety, także była tylko zjawą stworzoną przez moją odurzoną serem podświadomość.

A pomyślałem o sztuce, bo kilka dni wcześniej uczestniczyłem w konferencji poświęconej temu tematowi. Na wspomnianym forum wszyscy zgodzili się co do tego, że w porównaniu z wieloma europejskimi stolicami – a nawet prowincjonalnymi miastami w Polsce – w Warszawie szczególnie mocno brakuje publicznej sztuki, zarówno tej zapewnianej przez miasto, jak i przez prywatnych inwestorów i deweloperów.

Wydaje się, że sztuka publiczna w Warszawie to zaledwie kilka niewielkich rzeźb i murali rozmieszczonych nieregularnie w różnych częściach miasta, a także graffiti na murze wyścigów konnych. Jeżeli chodzi o warszawskie murale, niektóre bardzo dobrze pełnią swoją rolę polegającą na ożywianiu wyglądu starych lub smutnych budynków (np. montaż w dzielnicy Wola, czy mural upamiętniający związki Davida Bowie z miastem, na którym błyskawica Ziggy’ego Stardusta przyjmuje kształt Pałacu Kultury). Niektóre murale są jednak po prostu tylko dziwne – tak jak te w pobliżu mojego domu, które przedstawiają postacie Disneya palące cygara, w turbanach lub cylindrach, machające plikami dolarów, rozniecające pożary i zrzucające bomby. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, nawet w tych politycznie rozedrganych czasach, że te dzieła mogą przemawiać do kogoś więcej niż tylko do szalonego ułamka społeczeństwa. Oprócz tego w Warszawie mogliśmy zobaczyć: palmę na wysepce na rondzie, którą z nieznanych powodów znienawidziła obecnie rządząca partia, tęczę z papierowych kwiatów, którą regularnie podpalali skrajnie prawicowi homofobowie, różowe jelenie... i to chyba wszystko. Tymczasem w Pradze wśród dzieł sztuki, które można zobaczyć podczas krótkiego przypadkowego spaceru przez miasto, są wspaniale przewrotne prace, autorsywa rzeźbiarza – enfant terrible Davida Černý'ego, takie jak gigantyczne a pozbawione twarzy dzieci, które do niedawna zdobiły miejską transmisyjną wieżę telewizyjną.

Skąd brak publicznej sztuki w Warszawie? Być może przyczyną jest historia miasta, które jako wizytówka komunistycznej Polski było niegdyś przeładowane wyidealizowanymi pomnikami w stylu socrealizmu i płaskorzeźbami przedstawiającymi reprezentantów ludu pracującego, miast i wsi. Od tego czasu miasto było rządzone przez osoby z bardziej technokratycznej strony politycznego spektrum, bardziej zainteresowane biznesem i inwestycjami niż sztuką. A już władze krajowe zdają się w ogóle nienawidzić sztuki.

Problem polega chyba na tym, że Warszawa po prostu nie widzi sensu w sztuce publicznej. Być może inne miasta jej potrzebują jako sposobu na rewitalizację i przyciągnięcie turystów, inwestycji, nowych mieszkańców – ale Warszawa świetnie radzi sobie bez sztuki. To wszystko może być prawdą, ale nawet zorientowane na biznes miasto powinno być miejscem interesującym i stymulującym swoich mieszkańców. Warszawa nie może liczyć na to, że boom będzie trwał wiecznie – gdy sytuacja gospodarcza ulegnie pogorszeniu stolica będzie potrzebowała czegoś innego niż wielki biznes, co ją utrzyma i pozwoli konkurować z innymi miastami regionu pod względem konkurencyjności. Nie wiem, jak ostatecznie Warszawa otowrzy się na sztukę publiczną, ale jest to jej bardzo potrzebne i możliwe do osiągnięcia. To nie tylko marzenia ze snów napędzanych serem. ν

Wydanie 4 (239) kwiecień 2019

Więcej w tym wydaniu arrow_forward

Kategorie