EWA ANDRZEJEWSKAredaktor naczelnaHistoria zaczyna się banalnie, od przypadku. Dawno, dawno temu, gdy byłam jeszcze na studiach i świąteczne przygotowania rozpoczynało się na długo przed Wigilią, ktoś przyniósł do mojego rodzinnego domu świeżo złowionego karpia. Spytał, czy chcemy go kupić, a moja mama, która lubi potrawy z tej ryby, chętnie przytaknęła, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Efekt: przez te kilka dni karp pływał w wannie w pralni, a nasza hałastra złożona z kotów i psów nie odstępowała go ani na chwilę. My także zżyliśmy się z Feliksem – bo takie właśnie imię otrzymał – odwiedzając go kilka razy w ciągu dnia. Problem pojawił się 24 grudnia, gdy karp powinien zmienić się z pływającej ryby w wigilijną potrawę. Cóż, tego dnia podczas kolacji nikomu nie mogła przejść przez gardło jedna ze świątecznych potraw. O tajemnicy przeobrażania się karpia w wigilijny przysmak wspomina także na naszych łamac